
“Osiągnęłam to własnymi siłami, pracą i uporem” – wywiad z Julią Wizowską
“Bardzo często ludzie przychodzą do mnie po inspirację. Potrzebują dostać wiatru w żagle. Potrzebują usłyszeć, że skoro ja dałam radę, to oni też to zrobią” – mówi Julia Wizowska, naturopatka, terapeutka terapii ludowych i założycielka marki Z duchem natury. Rozmawiamy o metodach pracy Julii, wypaleniu zawodowym i hejcie. Jej historia pokazuje, ile odwagi i determinacji potrzeba, by zacząć od zera, zaufać sobie i budować biznes na własnych zasadach. “Kiedy szłam za głosem serducha, to zawsze ostatecznie wszystko się układało” – wspomina.

Katarzyna Piątek: Niecałe 4 lata temu ogłosiłaś światu, że jesteś wiedźmą z dyplomem. Jak wspominasz tamten dzień?
Julia Wizowska: Poczułam wtedy dużą ulgę, bo powiedziałam na głos coś, co od dłuższego czasu tliło się we mnie. Próbowałam mówić o tym wcześniej, ale czułam pewne ograniczenia wynikające z tematyki, którą zajmowałam się do tej pory. W pewnym momencie nie dało się już tego zatrzymać – to było jak wybuch wulkanu. I wyszłam z tym do świata.
Choć miałam nieśmiałe próby poruszania tych tematów już dużo wcześniej. W archiwalnych relacjach i postach widzę, że 6 lat temu poruszałam tematy roślin mocy czy kultury słowiańskiej, mimo że miałam wtedy profil związany z ekologią i drugim życiem odpadów.
Katarzyna: Czym dziś jest dla Ciebie bycie wiedźmą?
Julia: Słowo wiedźma wywodzi się od wiedzy. Z pierwszego dyplomu jestem językoznawczynią, skończyłam filologię polską, więc etymologia słów jest mi bardzo bliska. Lubię grzebać w znaczeniu wyrazów. Dla mnie wiedźma to po prostu kobieta, która ma dużą wiedzę i przychodzi się do niej po wsparcie.
Dawniej to były kobiety, które miały większą wiedzę niż ogół społeczeństwa, do których zwracano się po pomoc. Oczywiście one nie były alfą i omegą, ale były specjalistkami w lecznictwie, we wsparciu terapeutycznym, w pomaganiu innym w podobny sposób jak robią to obecnie osoby po studiach psychologicznych czy medycznych. Takie kobiety były różnie nazywane – wiedźmy, ciotki, babki, czarownice.
Niestety ta wiedźma się trochę zdewaluowała i z biegiem czasu stała się określeniem pejoratywnym. Czasami kiedy mówię o sobie, że jestem wiedźmą, to słyszę w odpowiedzi nie wrzucaj tak sobie. Dla mnie to nie jest żadna wrzuta, to jest komplement i zaleta.
Katarzyna: Odczarujesz nam figurę złej Baby Jagi?
Julia: Baba Jaga zyskała miano złej czarownicy i została tą, która jest garbata, ma parcha na nosie, zjada dzieci i ma złe intencje, bo mieszka w chacie na kurzej łapce głęboko w lesie i ma czaszki nabite na palach.
Jednak pierwotnie to był archetyp mądrości, którą osiągamy wraz z upływem czasu i kolejnych doświadczeń w życiu. Nawet to zjadanie dzieci przez Babę Jagę symbolizuje utratę dziecięcej cząstki w nas samych – naiwności czy nieświadomości. Kiedy bohaterowie baśni przychodzą do Baby Jagi, to otrzymują wyzwania typu oddzielenie prosa od maku itp. Są to zadania trudne, często niewykonalne, ale podjęcie się ich umożliwia zdobycie życiowego doświadczenia.
I dla mnie tym jest Baba Jaga – wejściem do ciemnego lasu, który jest w środku nas. To las pełen strachu, bo ta emocja towarzyszy zdobywaniu życiowych doświadczeń. Człowiek boi się nowych rzeczy.
Stawanie twarzą w twarz ze swoimi lękami, pozwala wyjść ze strefy komfortu. Możemy wtedy zobaczyć troszkę szerzej życie, zdobyć nową wiedzę i doświadczenie i pozbyć się dziecięcych kawałków, które do tej pory bały się czegoś nowego. Kiedy patrzymy wstecz, widzimy że jesteśmy krok na przód w rozwoju.

Praca z ziołami to moment wyciszenia i bycia tu i teraz
Katarzyna: Ukończyłaś studia podyplomowe na kierunku naturoterapia i profilaktyka zdrowia, masz za sobą też kursy zawodowe z fitoterapii, aromaterapii i zielarstwa. Kiedy po raz pierwszy pomogłaś samej sobie z pomocą roślin?
Julia: Najbardziej przełomowy moment był w trakcie mojej żałoby. To były czasy covidowe, straciłam wtedy bardzo bliską osobę, a jeszcze w międzyczasie rozstałam się z eks mężem. Byłam w totalnym dołku. Pamiętam taki moment, kiedy było ze mną naprawdę bardzo, bardzo, bardzo źle i wtedy sięgnęłam po zioła. Po pierwsze pomagały mi zasnąć – zapobiegały wybudzaniu się w nocy i umożliwiały spokojny sen. Po drugie w ciągu dnia pomagały mi się skupić i skoncentrować na bieżących sprawach. Zioła uregulowały moje pory chodzenia spać i pobudek.
Katarzyna: Co daje Tobie praca z roślinami i ziołami?
Julia: To jest dla mnie taki moment wyciszenia oraz bycia tu i teraz. Kiedy chodzę na zbiory ziół, to nie uciekam nigdzie myślami. Zebranie faktycznie tych roślin, które pomogą, a nie zatrują, wymaga skupienia.
Poznałam też dzięki pracy z ziołami fantastyczne kobiety, które przyjeżdżają na moje Zloty Czarownic. Wspólnie chodzimy na spacery zielarskie, a następnie przetwarzamy nasze zbiory. Tworzymy kadzidła, wianki, kosmetyki czy mieszanki ziołowe.
Obserwuję też jak uczestniczki utrzymują dalej ze sobą kontakt po powrotach do domu. To daje mi ogromną satysfakcję, że dzięki mojemu wydarzeniu kobiety mogły nawiązać znajomości na lata.
Katarzyna: W trakcie Zlotów Czarownic robicie też motanki, słowiańskie lalki mocy. Na czym polega ta technika?
Julia: Motanki tworzy się bez używania ostrych narzędzi, motając warstwa po warstwie kolejne materiały i wiążąc je z pomocą sznurków, nitek czy wstążek.
Na początku wprowadzam do tematu motanek – wyjaśniam historie tej praktyki i zasady pracy. Na sali panuje jeszcze wielki harmider. Kobiety są zafascynowane materiałami do wyboru. Tkaniny są kolorowe, wzorzyste, więc jest wielkie poruszenie. Następnie przechodzimy do tworzenia motanek. Zaczynamy pracę od robienia głowy, w której najczęściej są zioła. I to też wywołuje dużo emocji, ciekawości i zachwytu.
Później przechodzimy do motania postaci, czyli kolejnych elementów: spódnicy, rączek, tułowia. I to jest etap, kiedy wchodzimy w jednostajny rytm, taki wręcz stan medytacyjny.
I to jest moment, kiedy totalnie wszystko ucicha w kręgu. Każda kobieta jest absolutnie skupiona na swojej motance. Widzę jak ich ciała i układy nerwowe wyciszają się podczas tej aktywności. Ich medytacyjne pełne skupienia ruchy są fantastyczne do obserwowania. Właśnie wtedy zawiązuje się wspólnota.
Każda uczestniczka jest w swojej intencji, ale jednocześnie jest obecna w grupie. W kręgu nie ma przypadków. Kobiety, które w nim zasiadają, wzajemnie się uzupełniają. I jak jedna z nich zaczyna opowiadać swoją intencję, to kolejne uczestniczki ją podłapują, a ich intencje się przeplatają.

Katarzyna: W czym realnie pomaga praca z motankami?
Julia: To jest praca z intencją, czyli z pomysłem, który możemy już nosić w sobie i potrafić go wyartykułować, albo mamy tylko takie niejasne przeczucie czegoś. Wtedy motanka pomaga odkryć w sobie intencję i ją nazwać.
Bardzo lubię pracę z motanką, dlatego że ona oddziałuje na różne zmysły. Umożliwia to utrwalenie pomysłu, który w sobie nosimy, bo to uruchamia już bardzo głębokie warstwy naszego mózgu. To jest praca z zapachem, który jest ściśle związany z hipokampem w mózgu. Co przekłada się na pracę z pamięcią i emocjami.
Motanki wiążą się też z ziołami. Dziewczyny sięgają po nie w sposób intuicyjny. Myślą, że wybierają je bez konkretnego powodu. A później okazuje się, że intencja towarzysząca powstawaniu motanki wiąże się na przykład z babcią. A u babci w ogródku pachniało piołunem i dziewczyna wkłada do tej motanki to zioło.
To jest też praca manualna. A to, co tworzymy własnymi rękami, lepiej się utrwala nam w mózgu. Pobudzamy też zmysł wzroku poprzez pracę z kolorami materiałów. Zazwyczaj też przy tym warsztacie pijemy napary ziołowe, więc oddziałuje zmysł smaku.
Uruchomienie tych wszystkich zmysłów podczas tworzenia motanki powoduje, że później ona kojarzy się nam z daną intencją. I samo patrzenie na nią, wąchanie zapachu unoszącego się w pomieszczeniu czy dotykanie jej, powoduje podświadome przypomnienie sobie o intencji. I dzięki temu dążymy do realizacji tego celu, nasz mózg o nim pamięta.
Uwielbiam to podprogowe działanie motanek. Dziewczyny często mówią, że to się dzieje w sposób magiczny. Ale to ma swoje uzasadnienie w nauce.
“Dzięki holistycznemu podejściu można zaopiekować się sobą w pełni”
Katarzyna: Wspominasz o naukowym uzasadnieniu tego, co uczestniczki nazywają magią. Skąd u Ciebie zainteresowanie obiema dziedzinami?
Julia: Z jednej strony jestem wiedźmą z dyplomem, mam dyplom naturopatki, ukończyłam też kurs terapii ludowych, ale z drugiej strony na tę drugą nóżkę kończę obecnie szkołę medyczną.
Mam takie wyważenie między jedną dziedziną, a drugą. Lubię magię, ale jednocześnie stoję twardo na ziemi. Lubię też wiedzę opartą na badaniach czy nauce. Dla mnie połączenie magii z wiedzą o mózgu jest najlepszym rozwiązaniem.
Wychodzę z założenia, że żeby bujać głową w obłokach, to nóżkami trzeba stać twardo na ziemi. Lubię holistyczne podejście, bo ono naprawdę działa. Ani ciało nie istnieje w oderwaniu od emocji czy ducha, ani też duch nie istnieje w oderwaniu od racjonalności. Nie wiemy, co przyniesie przyszłość. Ludziom żyjącym sto lat temu i wcześniej nawet nie śniło się to, co dziś jest udowodnione naukowo.
Katarzyna: Czy na Twoje podejście wpłynęły jakieś osobiste historie?
Julia: Pamiętam jak w 2018 roku chodziłam od lekarza do lekarza, bo z moim ciałem zaczęły dziać się niepokojące rzeczy. Byłam wtedy w doskonałym stanie fizycznym, ale jednocześnie np. od pół roku nie miałam miesiączki. Lekarz mi mówił, że taka jest moja uroda, tak już mam. A ja jestem uparta baba i takie argumenty absolutnie do mnie nie trafiają.
Zaczęłam drążyć dalej, mimo że kolejni lekarze mówili, że wszystko jest w porządku. Miałam uczucie kłucia w klatce piersiowej, mimo że wszystko było w porządku z sercem. Teraz wiem, że to były ataki paniki, ale wtedy tego nie wiedziałam.
I tak chodziłam od specjalisty do specjalisty. Żaden z nich mnie nie zapytał, czym ja się zajmuję zawodowo. A ja w tamtym okresie byłam reporterką wojenną. I dopiero co wróciłam po długich wyjazdach na front. Może gdyby, któryś z lekarzy zapytał mnie o to, to inaczej by podszedł do moich problemów. Ale każdy z nich skupiał się tylko na swoim obszarze w ciele, nie znajdował żadnej choroby i odsyłał mnie z niczym.
Katarzyna: W jaki sposób uzyskałaś w końcu pomoc?
Julia: Dopiero w anglojęzycznym internecie znalazłam informacje o psychosomatyce, o tym że emocje bardzo mocno wpływają na ciało i samopoczucie. To było dla mnie mega odkrycie. Zapisałam się na terapię, a tam dowiedziałam się, że mam PTSD, czyli traumę w ciele i ono do mnie o tym mówi. To było dla mnie niesamowite i zaskakujące.
Później kiedy mówiłam lekarzom o psychosomatyce, to oni tego zupełnie nie uznawali. To była dla nich abstrakcja, a to było zaledwie 10 lat temu. Dziś psychosomatyka jest popularnym zagadnieniem. Nie wiemy, co będzie uznawane w medycynie oficjalnej za kolejne 10 lat. Uważam, że tylko dzięki holistycznemu podejściu można zaopiekować się sobą w pełni.
“Zioła przy autostradach są czystsze niż przy polach”
Katarzyna: Jakie popularne mity wokół naturopatii udało Ci się rozwiać dzięki studiom i własnym badaniom?
Julia: Podczas studiowania ziołolecznictwa najbardziej zaskoczyło mnie, że zioła przy autostradach są czystsze niż przy polach, gdzie są uprawy rolnicze. Bo na polach uprawnych jest bardzo dużo pestycydów, herbicydów i innych oprysków. One są rozwiewane wraz z wiatrem i osiadają na dziko rosnących roślinach w okolicy.
Natomiast paliwo w tym momencie jest już bezołowiowe i na tyle czyste w porównaniu z tym, co było jeszcze chociażby 10 lat temu, że z dwojga złego, jak mamy do wyboru zbierać przy polu rolnym albo zbierać przy autostradzie, to lepiej już przy autostradzie. Poza tym dużo jest mitów o tym, żeby czegoś nie pić lub nie jeść.
Na przykład lawenda kojarzy się z szafą babci i z woreczkami na mole. Kiedy mówię, że można ją pić, to bardzo często słyszę w odpowiedzi: „Jak to? Nie zatruję się jak te mole?” A lawenda uspokaja i umożliwia spokojny sen. Tylko polecam pić ją faktycznie na noc. I na pewno nie robi się tego, jeśli ma się jeszcze w planach prowadzenie auta.
Katarzyna: Obecnie kształcisz się na terapeutę zajęciowego, jest to kierunek medyczny. Co Cię skłoniło do tej decyzji?
Julia: Kiedy zaczęły się prace nad ustawą lex szarlatan, to nie chciałam zaprzepaścić wielu lat swojej edukacji i postanowiłam mieć zawód medyczny. Wybrałam kierunek kształcący na terapeutę zajęciowego, ponieważ pracuję w tym obszarze od wielu lat. To mi umożliwia usystematyzować wiedzę, którą już posiadam. Uczę się o anatomii, fizjologii, patofizjologii. Te dziedziny na studiach z naturopatii były przedstawione krótko, tutaj z racji dwuletniego studium są omawiane szczegółowo. Uczę się wiedzy o funkcjonowaniu organizmu ludzkiego, co jest fantastyczne, bo przydaje mi się też przy ziołolecznictwie i naturopatii.
W ramach studium robiłam też 210 godzin praktyk w instytucji, która się zajmuje zdrowiem psychicznym. Miałam pacjentów ze schizofrenią, z chorobą afektywną dwubiegunową, z lekooporną depresją. Kontakt z osobami chorymi bardzo dużo mi dał. Robiłam z nimi zajęcia z ziołolecznictwa, więc wymagało to ode mnie sporo wiedzy, aby zioła nie wchodziły w reakcje z ich lekami. To fantastyczne doświadczenie.
“Od paru lat biznes stawia na dbanie o zdrowie psychiczne pracowników”
Katarzyna: Prowadzisz warsztaty, Zloty Czarownic i sesje indywidualne. Jakie historie transformacji Twoich klientów najbardziej zapadły Ci w pamięć?
Julia: Najbardziej pamiętam historie z warsztatów motanek podczas Zlotów Czarownic. Tam przyjeżdżają dziewczyny, które są w momencie życiowych rozdroży – wiedzą, że stare życie już się wyczerpało, poszukują czegoś nowego, ale jeszcze nie wiedzą czego.
I pamiętam parę takich momentów, one są jak kserokopia z różnych wyjazdów. Siadamy, zaczynamy motać, dziewczyny dzielą się swoimi intencjami i historiami. I zawsze jest kobieta, która mówi: „Kurczę, chciałabym coś, ale nie wiem co. Może jak Was posłucham, to się zainspiruję”. I słucha, słucha, słucha, ale to nie jest jej, bo to są historie i inspiracje innych kobiet.
Następnie siada, zaczyna motać motankę i to jest moment totalnej ciszy na sali. To jest taki medytacyjny czas. I nagle słychać na sali: „Ja wiem! Ja wiem, kim będę jak dorosnę!” I mam przed sobą kobietę, która ma 40, 45, 50 lat i ona doznaje takiej eureki. I to jest fantastyczne.
Zdarza się też, że dziewczyny motają motanki w konkretnych intencjach i dzielą się nimi ze mną. Następnie mija miesiąc, dwa, trzy albo rok i te kobiety odzywają się do mnie, że ich intencje się spełniły.
Mam jeszcze jedną historię, którą chcę się podzielić. Dostałam kiedyś maila od męża mojej klientki – dziewczyny, która często przyjeżdża na zloty. Najpierw miałam taki chłodek w sercu. Pomyślałam: zaraz będzie mnie za coś ochrzaniał, coś się wydarzyło. Moje wyjazdy są transformujące, ale nie mogę brać odpowiedzialności za to, co kobiety robią po powrocie ze swoimi życiami. A czasem zdarza się, że one wywracają je do góry nogami.
Otwieram maila z takim bijącym sercem, a tam faktycznie elaborat. W skrócie, mężczyzna napisał, że obserwuje radość żony, kiedy wraca z moich wyjazdów. Widzi jak ona się zmieniła, odkąd ma możliwość przyjeżdżania na zloty. I chociaż opieka nad trójką małych dzieci nie jest jego ulubioną formą spędzania weekendu, to widząc, jak jej to służy, bierze to na klatę i chciałby mi podziękować.
Katarzyna: Wspaniała historia! Masz też ofertę warsztatową skierowaną do firm. W jaki sposób Twoje narzędzia mogą wspierać dobrostan pracowników?
Julia: Bardzo często odzywają się do mnie firmy w sprawie warsztatów relaksacyjnych. Od paru lat biznes stawia na dbanie o zdrowie psychiczne pracowników. Tak jak wcześniej była moda na zdrowie fizyczne, tak w ostatnich latach zdrowie psychiczne wychodzi na pierwszy plan.
Kiedy proponuję tematy warsztatów, to jest duże zainteresowanie np. robienie, mieszanek ziołowych na dobrostan. Firmy są również otwarte na warsztaty aromaterapii. Przy czym wcześniej przedsiębiorstwa chętnie zlecały takie warsztaty, ale tylko w obszarze perfumeryjnym, czyli dla czystej przyjemności i rozrywki. Tak teraz bardzo chętnie sięgają po aromaterapię jako narzędzie do relaksu, do wieczornego wyciszenia, do koncentracji w ciągu dnia, czyli do tematów związanych z dobrostanem.
Ostatnio dostałam zlecenie na poprowadzenie warsztatów motankowych od bardzo dużej międzynarodowej korporacji. I to jest zamówienie nie tylko w ramach zapotrzebowania na elementy kultury słowiańskiej, ale też w celu umożliwienia pracownikom wyciszenia się i relaksu.
“Praca nad książką to praca długa, żmudna i wymagająca”
Katarzyna: Jesteś też autorką książek. Samodzielnie wydałaś m.in. „Nie śmieci” i „Zielsko”. Wcześniej byłaś współautorką dwóch książek reportażowych opublikowanych przez wydawnictwa tradycyjne. Co sprawiło, że zdecydowałaś się pójść własną drogą wydawniczą i postawić na self-publishing?
Julia: Pierwsze kilka książek, których byłam współautorką, opublikowałam we współpracy z wydawnictwami. Praca nad książką to jest praca długa, żmudna, wymagająca i bardzo czasochłonna. O ile pracujemy nad tą książką sami, a nie generujemy ją w ciągu pięciu sekund w chatGPT.
Proces ten wymaga też dużo wiedzy i poświęceń. Albo siedzisz i pracujesz nad książką, piszesz, zbierasz materiały, redagujesz ją, albo spotykasz się ze znajomymi czy masz czas wolny. To jest sztuka wyboru. I po takich wyrzeczeniach i długim okresie wydawania książki, który potrafi ciągnąć się dwa lata, dostanie wynagrodzenia, które oferują wydawnictwa, to jest jak strzał w policzek.
Od jednego egzemplarza dostaje się mniej więcej złotówkę. Jeżeli nakład książki to jest 3000 egzemplarzy, to zarobi się kilka tysięcy złotych za dwuletnią pracę. W szczególności kiedy to nie jest hobby, tylko praca ciągnąca się latami, to jest to wynagrodzenie, które już nie jest śmieszne, tylko żałosne.
Po takim doświadczeniu stwierdziłam, że zobaczę jak wyjdzie opcja samodzielnej publikacji. Moja pierwsza książka self-publishingowa to była „Nie śmieci”. W trakcie jej pisania słuchałam dużo wywiadów i podcastów Michała Szafrańskiego, którego samodzielnie opublikowana książka odniosła ogromny sukces.
I pamiętam do teraz jak sprzątałam swoją pracownię po warsztatach – szorowałam mopem podłogę i słuchałam podcastu Michała. I powiedziałam do siebie: ja też tak chcę, też tak zrobię i odniosę sukces. Oczywiście nie taki sukces jak Szafrański, bo moja tematyka śmieci była bardzo niszowa, ale wierzyłam w sukces na swoim poletku. I tak się stało.
Podzielę się jeszcze ciekawostką – uparłam się, że książka musi być wydana na papierze makulaturowym z odzysku, który specjalnie dla mnie ściągano, bo nikt wcześniej nie wpadł na wydruk na droższym papierze niż zwykły. Wydanie tej książki okazało się sukcesem – połowa pierwszego nakładu rozeszła się w ciągu dwóch tygodni. Cały nakład sprzedał się w dwa miesiące. I od razu był dodruk. Uważam, że jak na temat odpadów, który bądźmy szczerzy nie jest atrakcyjny, to było spore osiągnięcie.
Książka „Zielsko” w tym momencie ma końcówkę trzeciego nakładu, zostało jakieś tysiąc egzemplarzy. Pewnie po świętach będę zamawiać kolejny nakład. To też jest niesamowite, że książka, która wyszła spod mojego pióra ma już końcóweczkę trzeciego nakładu. Jestem z siebie dumna.

Katarzyna: W Twojej ofercie jest też wspieranie osób, które chcą wydać książkę. W jaki sposób możesz pomóc klientom w tej kwestii?
Julia: Bardzo często ludzie przychodzą do mnie po inspiracje. Potrzebują dostać wiatru w żagle. Potrzebują usłyszeć, że skoro ja dałam radę, to oni też to zrobią. Wydałam książki bez pochodzenia z bogatego domu, bez męża milionera czy spadku po wujku w Ameryce. Osiągnęłam to własnymi siłami, pracą i uporem. Myślę, że upór i konsekwencja w działaniu to niesamowite cechy, potrzebne przy każdym projekcie.
Często dostaję informacje zwrotne w odpowiedzi na mój newsletter czy post – dzięki za podzielenie się swoją historią, inspirujesz mnie do działania.
Jeśli chodzi o ofertę, prowadzę sesje indywidualne i konsultacje, podczas których pomagam uporządkować strukturę książki, zaplanować kolejne kroki oraz wybrać najlepszy sposób jej wydania i promocji. Mogę polecić sprawdzone osoby zajmujące się składem, ilustracją, korektą i redakcją książek. Mam również kontakty do sprawdzonych drukarni oraz konkretne rozwiązania dotyczące procesu druku, którymi chętnie się dzielę.
Katarzyna: Czy jest jeszcze jakiś ważny obecnie dla Ciebie projekt, o którym chcesz wspomnieć?
Julia: Od dłuższego czasu w ramach dalszego rozwoju szukamy razem z moim narzeczonym siedliska. Takiego miejsca, w którym z jednej strony będziemy mogli zamieszkać, które stanie się naszym domem, bo oboje lubimy być blisko natury. Mieszkamy w Warszawie, mamy swoje ulubione zielone tereny, ale mimo wszystko, co własne pole, to jednak własne pole.
Dlatego szukamy nie tylko przestrzeni do życia, ale też do uprawy. Chcemy mieć ziemię orną, na której będziemy mogli uprawiać zioła do warsztatów, ale też do własnych mieszanek. Zależy nam również na miejscu na dom warsztatowy, gdzie będę mogła organizować Zloty Czarownic i inne warsztaty, ale też wynajmować przestrzeń pod szkolenia osobom z zewnątrz.
I ostatnio znaleźliśmy takie wymarzone siedlisko – 6 hektarów ziemi, własnego lasu, gruntu itd. Mega się jaramy! To jest duże przedsięwzięcie, które podlega wielu procedurom i kilka instytucji musi wyrazić na to zgodę, żebyśmy mogli zostać rolnikami z własną ziemią. Ale wszystko idzie w dobrym kierunku.
“Jestem upartą babą i to pomagało mi działać mimo niepewności”
Katarzyna: Gratuluję, to kolejny duży krok w Twoim życiu. Wróćmy jeszcze do Twoich wcześniejszych punktów milowych. Czego bałaś się najbardziej w momencie przejścia między jedną marką (Babka od śmieci) a drugą (Wiedźma z dyplomem)? I jak zareagowali Twoi odbiorcy?
Julia: Część odbiorców zareagowała dokładnie tak, jak się bałam. Dostałam dużo komentarzy, wiadomości, maili z informacjami, że zawiodłam, że jak mogłam to komuś zrobić, że ktoś liczył na to, że będę dalej robiła to, co dotychczas, a ja gdzieś odleciałam. Przeczytałam, że do tej pory robiłam takie dobre i pożyteczne rzeczy, a teraz coś mi się odkleiło. Było też parę tak przykrych wiadomości, które tylko przeleciałam wzrokiem i od razu skasowałam. I to tego się obawiałam.
W tamtym okresie bałam się, że muszę trzymać się tego, kim jestem, bo inaczej usłyszę, że nie spełniam cudzych oczekiwań. I oczywiście usłyszałam to, ale te doświadczenia stały się moją niesamowitą lekcją. Zrozumiałam, że mogę pomagać i wspierać całą sobą, a i tak znajdą się ludzie, którym nie będzie odpowiadało to, co robię.
To była lekcja o tym, że mam być taka, jaka sama chcę być, a nie taka, jaką ktoś inny chce, żebym była. Nigdy nie zaspokoję w 100% oczekiwań z zewnątrz, zwłaszcza wyobrażeń osób, którym tylko wydaje się, że znają mnie w pełni. Mam prawie cztery dychy na karku, a mimo to mam wrażenie, że wciąż nie znam siebie na 100% i nadal potrafię siebie zaskoczyć. Tym bardziej nie mogę próbować wpisywać się w oczekiwania innych, zwłaszcza osób, które nie znają mnie osobiście. Tego się nauczyłam przy budowaniu nowej marki – Z duchem natury.
Katarzyna: Masz za sobą bardzo bogatą ścieżkę zawodową, na której nie brakowało diametralnych zmian. Co sprawiało, że mimo niepewności decydowałaś się działać?
Julia: Jestem upartą babą i to pomagało mi działać mimo niepewności. Zawsze pracowałam w takich obszarach, w które wierzyłam. Nie potrafię nie mieć satysfakcji albo frajdy z tego, co robię. Czasem słyszę od kobiet, które do mnie przychodzą, że nie lubią swojej pracy. Ja tego uczucia nie znam, nigdy tak nie miałam. Nie potrafię tak pracować.
Nawet podczas pierwszych prac w trakcie studiów szybko zmieniałam kolejne miejsca, jeśli nie czułam się w nich dobrze i nie miałam codziennie iskry do działania. Dlatego wiara, w to co robię i ogromna satysfakcja z pracy pozwalały mi zawsze działać dalej.
Pierwszy okres działalności Z duchem natury był bardzo ciężki. Nawet finansowo było ciężko, bo odpuściłam już poprzednią ekologiczną markę, a nie zbudowałam jeszcze nowej bazy klientów. Z trudnością łatałam budżet, ale miałam wewnętrzne przekonanie, że chcę to robić i jakoś się to poukłada. Kiedy szłam za głosem serducha, to zawsze ostatecznie wszystko się układało. I dokładnie tak samo było tym razem.

Katarzyna: Mówisz o podążaniu za głosem serca i własną ścieżką. Taka droga nie zawsze jest łatwa, szczególnie gdy towarzyszą jej oceny i komentarze innych. Działasz w mediach od blisko 20 lat i częścią tej drogi był również hejt. Czego przez te lata nauczyłaś się o radzeniu sobie z nim?
Julia: Na początku w czasach, gdy AI jeszcze nikomu się nie śniło, a komentarze publikowali tylko ludzie, mniej lub bardziej zdrowi, ale jednak ludzie, to przeżywałam każdy komentarz. Nie spałam po nocach, tak mnie to dotykało. Czułam wtedy, że nie spełniam cudzych oczekiwań i bardzo to przeżywałam. Próbowałam się tłumaczyć, odpowiadać na komentarze, co przeradzało się w jeszcze większą burzę. To było straszne. Nie życzę nikomu takich doświadczeń.
Musiało minąć sporo czasu, żebym zrozumiała, że nie każdy musi mnie lubić. I dojrzeć do tego, żeby czuć się z tym dobrze. Uznałam też, że nie będę dyskutowała z kimś nieznajomym, komu wydaje się tylko, że ma mi do powiedzenia coś ważnego.
Obecnie komentarze hejterskie obserwuję wyłącznie pod moimi płatnymi reklamami w social mediach. Nie wdaję się w dyskusję z takimi osobami. Kiedy widzę taki komentarz, klikam blokuj. On mi się więcej nie wyświetli, ja się więcej nie wyświetlę temu człowiekowi i wszyscy możemy żyć w cudownym świecie z różowymi jednorożcami.
Zmiana myślenia i podejścia do hejtu wpłynęła pozytywnie na moje życie. Nie tracę już więcej niż dwie sekundy na takie wiadomości. Absolutnie polecam to rozwiązanie.
Katarzyna: Na swojej stronie wspomniałaś również, że masz za sobą wypalenie zawodowe. To problem, który dotyka coraz więcej osób. W jaki sposób to doświadczenie zmieniło Twoje podejście do pracy?
Julia: Kochałam wszystkie moje prace, ale myślę, że kochałam je za bardzo. I to jest pierwszy krok do wypalania zawodowego, kiedy zacierają się granice między pracą a czasem wolnym. Łatwo wtedy pracować za dużo i brać na siebie zbyt wiele. Kiedy człowiek angażuje się za bardzo, to rosną też jego oczekiwania w kwestii zwrotu tej energii. I to nie jest dobre, bo nie zawsze jest tak, że kiedy dajesz światu 100%, to otrzymasz tyle samo.
Obecnie uważam, że nie warto dawać z siebie 100% przez 100% swojego czasu. Warto zadbać o work-life balance, uporządkować czas pracy i ustalić konkretne godziny, wprowadzić codzienne rytuały, które pomagają łagodnie wejść w obowiązki, a wieczory spędzać na odpoczynku. Dzięki temu nazajutrz chce się wrócić do pracy.
Lepiej unikać sytuacji, w którym zaczynamy pracę o dziewiątej, kończymy o dwudziestej trzeciej i padamy na twarz. Wstajemy rano i znów robimy to samo. Wtedy nie ma szans zatęsknić za swoją pracą. Po jakimś czasie ma się jej dość, i ja też w pewnym momencie miałam jej dość.
A teraz przykładowo po naszym wywiadzie ja już nie wrócę do pracy. Pójdę na spacer, na zakupy. Po powrocie poczytam czy posłucham podcastu. I oto właśnie chodzi, jest środek dnia, a ja mogę pozwolić sobie wyłączyć się z pracy i dać sobie czas do jutra, by do niej zatęsknić.
Odkąd prowadzę też działalność Z duchem natury, to nie pracuję w weekendy. To jest moja absolutnie nadrzędna zasada, którą łamię od czasu do czasu, żeby na przykład poprowadzić weekendowe warsztaty, bo to jedyny termin dla wielu osób, aby wziąć w nich udział. Ale ja później tę sobotę czy niedzielę sobie odbieram i np. mam wolny poniedziałek.
Poza tym mój Instagram też jest moim miejscem pracy, dlatego w weekendy może się zdarzyć, że nie odpiszę komuś, bo spędzam ten czas offline czy odpoczywam. Dzięki temu w poniedziałek otworzę Instagrama z ciekawością, a nie poczuciem przymusu.
To jest dbanie nie tylko o siebie, ale też o klientów, do których przychodzę wypoczęta i z ciekawością. Nie można dawać ludziom z pustego naczynia, dlatego ja je regularnie uzupełniam.
Więcej informacji o projektach Julii Wizowskiej można znaleźć na stronie, Instagramie i Facebooku.

