Portal dla tych,
którzy chcą dotrzeć na sam szczyt

Beading: Pomysł na biznes czy artystyczne hobby? [WYWIAD]

Najpierw była muzyka i praca w szkole, później dom kultury. Prawdziwa pasja przyszła jednak dopiero na urlopie macierzyńskim – wtedy odkryła beading. Dziś Agnieszka Nowak, beaderka i właścicielka Studia Koralika Agnelia, opowiada o swojej drodze, sztuce koralikowania i o tym, czy Polacy są gotowi docenić tę formę rękodzieła.

Źródło: Materiały własne Agnieszki Nowak

Justyna Glapiak: Jest Pani małą dziewczynką i mama mówi, że będzie Pani beaderką. Co by jej Pani odpowiedziała?

Agnieszka Nowak: Masz rację, pewnie będę. Dlatego że w mojej rodzinie od zawsze były rękodzielnicze talenty. Moja babcia haftowała, moja mama robiła na drutach i na szydełku, a ja poszłam jeszcze w innym kierunku.

Justyna: Dostała Pani sztukę w genach?

Agnieszka: Zdecydowanie. Sztuka od zawsze była mi bliska, jestem po akademii muzycznej, a przez 25 lat pracowałam w domu kultury.

Justyna: To czym jest właściwie ten beading, którym się Pani aktualnie zajmuje? Słowo to nie ma polskiego odpowiednika. Jak je Pani tłumaczy?

Agnieszka: Polskie dokładne tłumaczenie to byłoby koralikowanie.

Justyna: Satysfakcjonuje Panią to tłumaczenie? Nie nadziewa przecież Pani koralików na żyłkę.

Agnieszka: Nie podoba mi się. Samo słowo koralik kojarzy się z czymś infantylnym, takim trochę dziecięcym. Pierwsze skojarzenie, jakie przychodzi mi na myśl to takie korale, które nosiły nasze babcie. Gdy mówię innym, że tworzę biżuterię z koralików, to ludzie zwykle myślą o bransoletkach z kamieni, które teraz się bardzo dobrze sprzedają. Nikomu nie kojarzy się to z wyplataniem. W rzeczywistości beading jest podobny do szydełkowania. Tu też się pracuje konkretnymi ściegami i w określony sposób je układa.

Źródło: Materiały własne Agnieszki Nowak

Justyna: Jak to się zaczęło? Mogła Pani haftować, robić na drutach lub na szydełku, a jest Pani beaderką. 

Agnieszka: Swoją przygodę zawodową zaczęłam od pracy w szkole. Następnie pracowałam w domu kultury, gdzie przez pewien czas byłam instruktorem gry na gitarze, a później odpowiadałam za organizację różnych wydarzeń. 

Beading przyszedł do mnie dopiero na urlopie macierzyńskim. Mój mąż też jest artystą, więc wyjechałam wtedy z nim i moją malutką córką na warsztaty cyrkowe. Tam na miejscu wśród ekipy była dziewczyna, która prowadziła warsztaty tkackie, robiła bransoletki z makramy i zwierzątka z koralików. Miałam dużo czasu, więc gdy dziecko spało, chodziłam do tej pracowni i dziergałam. 

Kiedy wróciłam po dwóch tygodniach poczułam, że o ile makrama w ogóle mnie nie pociągnęła, to beading bardzo. Poszłam więc w Łodzi do sklepu i kupiłam koraliki, a w sklepie wędkarskim żyłkę. Długo robiłam te zwierzątka, ale później trochę mi się znudziło. Wtedy pomyślałam o biżuterii. 

Justyna: Zajawka z urlopu macierzyńskiego została jednak z Panią na dłużej.

Agnieszka: Gdy wróciłam z wychowawczego do pracy, to pomyślałam, że może zrobię z tego warsztaty. Wtedy, 20 lat temu, naprawdę tego nigdzie nie było, a w domu kultury był nacisk na nowości. Rzuciłam więc hasło, ale na zajęcia zgłosiła się tylko jedna osoba.

Justyna: Warsztaty nie odbyły się?

Agnieszka: Wie Pani co się okazało? Ta jedna osoba umiała dużo więcej niż ja. I w końcu zaczęłyśmy spotykać się prywatnie. To ona pokazała mi, że są różne rodzaje ściegów, otworzyła mi furtkę. I w końcu zaczęłyśmy prowadzić te zajęcia we dwie. 

Źródło: Materiały własne Agnieszki Nowak

Justyna: Czy dziś Pani warsztat też składa się tylko z koralików i żyłki?

Agnieszka: Nie, z czasem, po wielu próbach z obrusami, gąbkami czy flanelem, odkryłam fenomen maty koralikowej. Ona służy do tego, by koraliki nie rozpryskiwały się po całym stole. Do tego oczywiście igła i nici. Nici muszą być nylonowe i woskowane, by łatwo przechodziły przez igłę i nie zrywały się od szklanych koralików. W niezbędniku biżuteryjki znajdują się też szczypce – ich jest wiele. Moje ulubione to zagięte, one służą do prostowania igły, zaciskania kółeczka i przypinania łańcuszka. Przydadzą się jeszcze nożyczki. Mnie najlepiej sprawdzają się małe do haftu richelieu, które można kupić w pasmanteriach.

Justyna: Co jest najbardziej czasochłonne? Kolie?

Agnieszka: Tak, kolie są bardzo wymagające, aczkolwiek widziałam już ogromne chusty, obrusy, dywany, nawet gdzieś w internecie znalazłam – nie mam pojęcia jak to było zrobione – perkusję obszytą całą w koralikach. 

Justyna: Nie chciała więc Pani poszerzyć swojej oferty o takie rzeczy?

Agnieszka: Ostatnio dla zabawy zrobiłam osłonki na tealighty. Widzę, że na kiermaszach podobają się ludziom, ale jeszcze nikt nie zdecydował się ich kupić, więc nawet jeśli chciałabym pójść w jakieś praktyczne rzeczy, to jeszcze za wcześnie. Ludzie nie są na to gotowi. 

Justyna: A są w stanie dostrzec wartość biżuterii? 

Agnieszka: Bardzo różnie. Mam wrażenie, że to zależy od tego, gdzie stanę i komu się pokaże. Jak stanę w spędzie na pierwszym lepszym kiermaszu, to ludzie przechodzą i mówią: tyle pieniędzy za coś takiego? 

Natomiast, gdy wystawiam się na stricte rękodzielniczym kiermaszu, jest zupełnie inaczej. Ostatnio byłam na Targach Galantych w Łodzi. Było tam też kilka stoisk z rękodziełem i proszę mi wierzyć, nie spotkałam osoby, która podważyłaby wartość robionej przeze mnie biżuterii.

Każdy kto się zatrzymał, zwracał uwagę na precyzję i był świadomy, jak wiele czasu wymaga sam proces tworzenia tych akcesoriów. Tam rzeczywiście widziałam, że te osoby doceniają ten kunszt.

Justyna: Brzmi to trochę jak opowieść o butelce z wodą na lotnisku. Każde miejsce nadaje inną wartość temu samemu produktowi.

Agnieszka: Dokładnie tak. Opowiem Pani taką historię. Mam w swoich kolczykach taki wzór z pawiem. Te kolczyki sprzedaję za kwotę około 100 zł. Podeszła do mnie kiedyś kobieta, która powiedziała: ,”O jakie drogie, ale piękne”. Nie chciała ich kupić, mówiła, że nosi jedne kolczyki od czterdziestu lat, a ja z tym nie dyskutowałam. Po pewnym czasie ta sama kobieta wróciła na moje stoisko i powiedziała: ,”Wie pani co, tam po drugiej stronie stoi ktoś z taką sama biżuterią i też ma te pawie. Ale wie pani co, widać, że tam stoi rzemieślnik, a tu stoi artysta.”. Te słowa to był miód na moje serce. 

Justyna: A opowiada Pani ludziom o biżuterii?

Agnieszka: Na kiermaszu bardzo rzadko jest taka okazja. 

Justyna: Tak sobie myślę, że to może być ważne marketingowo. Zdarza się tak, że kupujemy jakiś przedmiot nie dlatego, że go chcieliśmy, tylko że ktoś nam pięknie o nim opowiedział. 

Agnieszka: Jeżeli jest przestrzeń do porozmawiania, to tak. Ale wtedy mówię o tym, że prowadzę warsztaty i uczę koralikowania. Bo tak naprawdę na kiermaszach zależy mi najbardziej na tym, żeby zagrnąć ludzi na zajęcia. To warsztaty dają mi stabilniejsze dochody niż sprzedaż, która jest bardzo kapryśna. 

Źródło: Materiały własne Agnieszki Nowak

Justyna: Gdzie Pani prowadzi warsztaty?

Agnieszka: Obecnie taką możliwość daje mi Fundacja Twój Start Up, której jestem beneficjentką. To ona organizuje wydarzenia, podczas których mogę się pokazać oraz udostępnia mi miejsce. Jednak – jak już wspomniałam – pierwsze zajęcia prowadziłam w domu kultury, a niektórzy ludzie stamtąd zostali ze mną do dziś.

“Środa w TS” – rozwój, zabawa i networking. Zobacz relację z wydarzenia w Twój Start Up

Justyna: Po co ludzie przychodzą na takie spotkania? Naprawdę każdy chce się nauczyć beadingu?

Agnieszka: Są dziewczyny, które lubią zdobywać nowe umiejętności. Są dziewczyny, które tworzą rękodzieło i myślą o jakimś dodatkowym zarobku. Jednak większa część przychodzi po prostu spędzać czas z ludźmi.

Justyna: Terapia zajęciowa?

Agnieszka: Jedna kobieta powiedziała mi wprost: ja przychodzę na te zajęcia jak na terapię. Dziewczyny na warsztatach często rozmawiały o swoich problemach, narzekały na mężów (śmiech). Bywało tak, że łączyły ich problemy dotyczące opieki nad starszymi rodzicami i jedna drugiej polecała panią do pomocy. Później widziałam, że te znajomości przenoszą się dalej, na przykład spotykały się na kawie.

Miałam na zajęciach nawet kobietę po udarze. Przyjeżdżała na te warsztaty taksówką, bo z balkonikiem nie była w stanie przemieszczać się komunikacja miejską. Nawet jak już zaczęła zapominać techniki, z których korzystała jeszcze tydzień temu, to mówiła, że przychodzi tu spotykać się z ludźmi. A ja jej na to pozwalałam. 

Wyświetl ten post na Instagramie

Post udostępniony przez Agnelia | biżuteria koralikowa | stacjonarne kursy | Łódź | (@agneliastudio)

Justyna: Teraz Pani tylko z tego żyje?

Agnieszka: Bardzo próbuję.

Justyna: Powiedziała Pani wcześniej, że sprzedaż potrafi być “kapryśna”.

Agnieszka: No właśnie w tym jest problem, że dochód nie jest stabilny. Dlatego moim marzeniem są regularne warsztaty i stałe grupy.

Justyna: Ile można z tego wyciągnąć?

Agnieszka: Wszystko zależy od zaplecza. Ja nie mam swojej pracowni. To jest moje kolejne marzenie – mieć swoją pracownię, w której będę tworzyć, organizować warsztaty i sprzedawać biżuterię. Obecnie jedynym sposobem na ukazanie mojej twórczości jest dla mnie wyjeżdżanie na warsztaty. A że jestem niezmotoryzowana, to nie jeżdżę po całym kraju.

Wyświetl ten post na Instagramie

Post udostępniony przez Agnelia | biżuteria koralikowa | stacjonarne kursy | Łódź | (@agneliastudio)

Justyna: Wyobraźmy sobie, że przychodzę do Pani, bo chcę kupić na prezent biżuterię dla koleżanki. O co Pani zapyta przed rozpoczęciem dzieła?

Agnieszka: Jedną z pierwszych rzeczy, o którą pytam to wielkość biżuterii, gdyż widzę na kiermaszach, że to podstawowy czynnik wyboru. Druga rzecz to kolorystyka, a trzeci – kształt. Chociaż kolorystykę zdarzało mi się dobierać na podstawie zdjęcia twarzy tej osoby. 

Justyna: Czy media społecznościowe pomagają Pani zdobywać właśnie takich klientów?

Agnieszka: Moje warsztatowiczki to w większości seniorki, które nie używają mediów poza whatsapp’em.

Media są więc dla mnie bardziej tablicą ogłoszeń. Tam wrzucam informacje o tym, gdzie i kiedy stoję na kiermaszach. Jak mam więcej czasu, to wrzucam zdjęcia czy rolki i pokazuję, co robię. Bywa też, że szukam innych profili i aktywizuję biżuteryjki z całej Polski. 

Justyna: A znajduje Pani tam inspirację do kolejnych projektów?

Agnieszka: Do tego służy mi raczej Pinterest.

Justyna: Podczas rozmowy wspomniała Pani o największych marzeniach – pracowni i stałych grupach warsztatowych. A co jest najbliższym celem rozwoju firmy?

Agnieszka: Budowanie sklepu internetowego. Ale tu jest jeszcze dużo rzeczy, które muszę pokonać. Od takich technicznych, poprzez robienie zdjęć, kończąc na wrzucaniu tego. Chyba to przeraża mnie najbardziej. Na razie stoję przed słoniem, którego nie mogę połknąć w całości, a jeszcze nie mam na tyle samozaparcia, by łykać go łyżeczkami.

Projekty Agnieszki Nowak możecie zobaczyć tutaj.

Zobacz też