Portal dla tych,
którzy chcą dotrzeć na sam szczyt

“Wszystko, co nas otacza, może zainspirować do działania” – wywiad z artystką Aleksandrą Birycką

Dzięki tworzeniu jesteśmy kreatywni i wydaje mi się, że możemy też stać się lepszymi ludźmi – mówi Aleksandra Birycka, tatuatorka, artystka i DJ-ka, prowadząca Pracownię Otwartą na Żoliborzu. Rozmawiamy o projektach Aleksandry, jej wyzwaniach i sukcesach. To historia pełna ciepła, inspiracji i twórczej wolności.

Katarzyna Piątek: Jesteś przedstawicielką branży kreatywnej, ale nie ograniczasz się do jednego medium. Czym dla Ciebie jest kreatywność?

Aleksandra Birycka: Pierwsza myśl to po prostu nieskończoność. Wszystko, co nas otacza, może zainspirować do działania. To czym się otaczamy, zostało stworzone przez kogoś. Kiedy rozkładamy przedmioty dookoła na czynniki pierwsze, już pobudzamy naszą kreatywność. I od nas zależy, w jaki sposób odniesiemy to do sztuki czy przedmiotów użytkowych. Podsumowując, kreatywność jest dla mnie nieskończonością i otoczeniem. Można ją znaleźć wszędzie.

Katarzyna: Jakie dostrzegasz punkty wspólne dla rzeczy, które tworzysz, niezależnie od metody?

Aleksandra: Jest nim mój sposób postrzegania świata. Bardzo wiele rzeczy, które robię w życiu, rozpoczęły się od tego, że zamiast coś kupić, myślałam jak to zrobić samodzielnie. Nie chcę znów używać słowa kreatywność, dlatego skupię się na tym, że łączy je ogromna ciekawość tego, jak powstają. Każda z tych dziedzin ma inne procesy. Przykładowo ceramika jest tak złożonym procesem, że uczy jeszcze większej cierpliwości niż krawiectwo. A kiedy byłam w szkole krawieckiej myślałam, że już nie można być bardziej cierpliwym.

Katarzyna: Która z Twoich pasji była pierwsza?

Aleksandra: Zdecydowanie szycie. Jeszcze nie potrafiłam pisać, a już wykradałam igły i nożyce mojej babci i szyłam na przykład spódnicę. Wykradałam też klej kropelka. Nie potrafiłam przyszywać cekinów, które mają jedną dziurkę, więc je przyklejałam.

Katarzyna: Ile miałaś wtedy lat?

Aleksandra: Wydaje mi się, że to były czasy między przedszkolem, a zerówką. To był okres, kiedy odkryłam również modelinę samoutwardzalną. Powstawały z niej cuda! Przykładowo zrobiłam swoje pierwsze buty na obcasie! Błagałam babcię, żeby mi wypiekła lub wygotowała modelinę. Były to buty z tektury z ostatniej strony bloku rysunkowego, obklejone materiałem. Bardzo szybko zaczęłam zajmować się tak twórczymi aktywnościami.

Katarzyna: Wspomniałaś o szkole krawiectwa. Pewnie masz za sobą też inne doświadczenia edukacyjne? Jak one wpłynęły na Twoją kreatywność?

Aleksandra: Jestem po szkole zawodowej i moją wyuczoną profesją jest krawiec. Miałam egzamin państwowy, szkoła była dwuletnia, prześwietna, przewspaniała.
Byłam najmłodszą osobą w grupie i było przecudownie.

Ale chyba jestem zaprzeczeniem artystycznej drogi edukacyjnej, ponieważ nie ukończyłam żadnej innej szkoły. Pracowałam przy pokazach mody, miałam też premierę swojej kolekcji podczas Fashion Philosophy w Bielsko-Białej w 2019 roku. I byłam wtedy jedyną projektantką, która nie ukończyła żadnej szkoły projektowania.

Wyłamałam się ze schematu. Uważam, że edukacja artystyczna nie jest w pełni potrzebna. Ważna jest ciekawość. Wtedy możemy działać i uczyć się samodzielnie. Historia sztuki jest świetna, ale mamy dostęp do szerokiej gamy książek i sami możemy zdobyć tę wiedzę. Zobaczyłam jak wygląda nauka w jednej ze szkół i po semestrze uznałam, że to nie jest dla mnie. To zabijało kreatywność.

“Tatuowanie umożliwiło mi rozwinięcie biznesu”

Katarzyna: Od 2018 roku jesteś tatuatorką. Co takiego dało Ci tatuowanie, czego nie dało Ci szycie?

Aleksandra: Dzięki szyciu mogłam pracować przy pokazach mody, latać w różne miejsca, odbywać też pierwsze dalsze podróże solo. To było super. Jednak pod względem biznesowo-rozwojowym to doświadczenie nie dało mi tyle, ile tatuowanie.

To tatuowanie umożliwiło mi rozwinięcie biznesu. Poza tym, bardzo lubię spotykać się z ludźmi jeden na jeden, poznawać ich historie. Podczas spotkań dzieją się przecudowne rzeczy, a klienci przychodzą z otwartymi sercami, przez co jeszcze bardziej uwielbiam tę pracę.

Wyświetl ten post na Instagramie

Post udostępniony przez 𝐈𝐧𝐬𝐚𝐧𝐞 𝐒𝐮𝐧 | 𝐇𝐀𝐍𝐃𝐏𝐎𝐊𝐄 𝐖𝐚𝐫𝐬𝐚𝐰 (@insane_sun_tattoo)

Katarzyna: Pamiętasz moment, kiedy zafascynowałaś się tatuażami po raz pierwszy?

Aleksandra: Bardzo wcześnie sama zaczęłam nosić tatuaże miałam 15 lat. Wpłynął na to wywiad z Amy Winehouse. Oglądałam jej zdjęcia w gazecie. Byłam oczarowana kontrastem delikatnej budowy kobiety w połączeniu z agresywnym, mocnym lookiem. Pomyślałam, że to taka trochę zabawa wizerunkiem. Patrząc na osoby, nie wiemy do końca, kim one są.

Katarzyna: Tatuujesz metodą handpoke. Na czym ona polega?

Aleksandra: Handpoke to metoda, w której tatuuje się samą igłą, bez użycia maszynki. Jest to mniej inwazyjne, ponieważ nie naruszam naskórka w takiej mierze jak maszynką.   
W tym przypadku nie ma możliwości zabliźnienia tatuażu. To inny sposób pracy. Dzięki tej metodzie tatuaż szybciej się goi. Teraz chwalę tę metodę, ale sama w większości jestem wytatuowana maszynką. Nie jest tak, że chwalę jedną metodę, a drugą nie. Stworzony przeze mnie styl wymaga handpoke’u. Próbowałam to zrobić maszynką i to nie jest to samo.

Linia i kropka handpoke’iem wygląda inaczej. Jest bardziej organiczna. Tatuowanie przebiega w totalnej ciszy, co umożliwia wejście w stan medytacyjny.

Katarzyna: Jak zaczęła się Twoja przygoda z tą metodą?

Aleksandra: Z moją twórczą naturą nie chciałam czekać na wykonanie mniejszego wzoru przy okazji większego tatuażu. Dlatego nauczyłam się metody handpoke i wytatuowałam sobie wymarzoną gwiazdkę. Później pomyślałam, że narysuję mały flesz i wstawię go na Instagrama. No i tak jeden tatuaż, drugi, trzeci. Kompletnie tego nie planowałam! Doszłam do momentu, w którym wytatuowałam pewnemu chłopakowi powieki. To dało mi dużo pewności siebie. Poczułam przeogromną satysfakcję z pracy!

I chyba właśnie po tatuowanych powiekach podjęłam decyzję, że będę to robić zawodowo. Przy czym ważne dla mnie było, aby tatuować we własnym stylu. Nie interesowało mnie kopiowanie. Wciąż żywo pamiętam mój pierwszy tatuaż w autorskim stylu, który nazywam kropka światłem, kropka cieniem. To była przeogromna satysfakcja. Później kropkowy świat zaczął się rozwijać, przybywało coraz więcej klientów. Zaczęłam marzyć o swojej pracowni i tak krok po kroku zmieniałam kolejne lokalizacje.

Zaczęłam od wynajęcia mieszkania z osobnym pokojem do tatuowania. Później otworzyłam pracownię razem z Aleksandrą Hejman, świetną ceramiczką, która robi również biżuterię. To jeszcze były czasy, kiedy tylko tatuowałam. Zawsze marzyłam o pracowni łączonej, żebym mogła robić w niej wszystko, co tylko dusza zapragnie. I właśnie to pragnienie zaprowadziło mnie do tego miejsca, w którym jestem obecnie.

“Po warsztacie czuję się jak po dużym przyjęciu, którego byłam gospodynią – przewspaniale”

Katarzyna: Obecnie prowadzisz Otwartą Pracownię Żoliborz. Jaka historia za tym stoi?

Aleksandra: Zacznę może od tego, że dwa tygodnie przed wylotem w trzymiesięczną podróż życia do Azji dowiedziałam się, że mam się wyprowadzić z miejsca, które wynajmowałam pod ówczesną pracownię do tatuażu. A to miała być jedyna rzecz po powrocie, która będzie niezmienna. Pamiętam, że było wtedy bardzo zimno, padał śnieg, dookoła wichura, a ja, jednocześnie wkurzona i smutna, z rozpiętą kurtką wracałam pieszo do domu.

W trakcie podróży dużo myślałam o tym, co mam robić dalej. W końcu byłam bez miejsca dla mojej duszy, bo tym dla mnie jest pracownia. W ostatnim miesiącu podróży spędzałam sporo czasu przed ekranem, szukając czegoś na wynajem. I wpadłam na pomysł otworzenia spółdzielni. Zrobiłam sporą listę osób, z której ostatecznie tylko Marta faktycznie do mnie dołączyła.

Znalazłam jeszcze jedną malarkę. Otworzyłyśmy pracownię w starej kamienicy na Woli. Po jakimś czasie jednak przyznałyśmy, że nie pasuje nam energia tego miejsca, nie jest dobra dla twórczości, i zaczęłyśmy szukać nowej przestrzeni. Wybrałyśmy miejsce na Żoliborzu. Ostatecznie przeniosła się tam ze mną tylko Marta.

Katarzyna: Skąd pomysł na nazwę?

Aleksandra: Lata temu szyłam zapaski dla kelnerów do restauracji w Gdańsku o nazwie Otwarta. Utkwiła mi ona w pamięci. Może to nie jest zbyt kreatywna nazwa, lecz dobrze oddaje to, co ma się w niej dziać. Skoro mianuję pracownię otwartą, to wierzę, że siłą rzeczy pojawią się w niej ludzie. A oto w tym chodzi.

Katarzyna: Na jakie zajęcia można przyjść do pracowni?

Aleksandra: Na ten moment oferuję zajęcia z szycia kamizelki, szycia kimona, personalizacji odzieży oraz kurs szycia od podstaw. Prowadzę też warsztaty linorytu i ceramiki.

Katarzyna: Jakie naczelne wartości stoją za Twoimi warsztatami? Czego – poza konkretną umiejętnością – chcesz uczyć osoby, które w nich uczestniczą?

Aleksandra: Jest to przepiękna forma spędzania czasu. Grupy są niewielkie i spotkania mają ogromną wartość społeczną. Uwielbiam obserwować jak nieznajomi, siedzący przy wspólnym stole, zanurzeni w procesie twórczym, zaczynają rozmawiać i okazuje się, że mają wiele wspólnego.

Staram się również pokazywać, że w twórczy sposób można spędzać czas wolny w domu. Cieszy mnie, kiedy uczestniczki zajęć kupują maszyny do szycia. Często ich córki również zaczynają szyć.

Poza tym, kiedy ktoś zaczyna interesować się rzemieślniczymi tematami, to zaczyna bardziej doceniać to, czym się otacza. Zaczynamy widzieć jak rzeczy są zrobione. Mamy świadomość, ile procesów za tym stoi. Przedmioty nie tworzą się gotowe.

Podczas zajęć z szycia słyszę często zaskoczenie: ile pracy oraz ile czasu potrzeba, żeby jedną rzecz uszyć. Odpowiadam wtedy ,że dzięki temu można bardziej docenić swoją bluzkę czy spódnicę, a co dopiero koszulę czy dobrze uszyte spodnie. Mam nadzieję, że sprzedawanie ludziom umiejętności, a nie produktu, skłoni ich do tego, żeby nie tylko patrzeć na jakość, ale też robić jak najwięcej samemu.

Prowadzę również warsztaty personalizacji odzieży podczas festiwali czy na zlecenia firm. Pokazuję wtedy, że gdy ubranie nam się znudzi, możemy nadać mu drugie życie albo nawet przerobić w coś kompletnie innego. Kiedyś uszyłam koleżance sylwestrową sukienkę z legginsów. Dzięki tworzeniu jesteśmy kreatywni i wydaje mi się, że możemy też stać się lepszymi ludźmi. Twórcza praca to zajęcie medytacyjne, wyciszające.

Katarzyna: Co Tobie daje uczenie innych?

Aleksandra: Czuję się spełniona dzięki temu. Dawniej myśląc o przyszłości, wyobrażałam sobie siebie w roli pani nauczycielki w technikum odzieżowym. Chciałam uczyć innych i tym właśnie się zajmuję, tylko w trochę innej formie. To daje mi poczucie otwartego serducha. Dla mnie te spotkania, to w pewnym sensie goszczenie ludzi. Bardzo to lubię i po warsztacie czuję się jak po dużym przyjęciu, którego byłam gospodynią. A jak może się czuć gospodyni po dobrym przyjęciu? Moim zdaniem przewspaniale! To przeogromna satysfakcja.

Wyświetl ten post na Instagramie

Post udostępniony przez 𝐈𝐧𝐬𝐚𝐧𝐞 𝐒𝐮𝐧 | 𝐇𝐀𝐍𝐃𝐏𝐎𝐊𝐄 𝐖𝐚𝐫𝐬𝐚𝐰 (@insane_sun_tattoo)

Katarzyna: A co jest największym wyzwaniem w prowadzeniu własnej pracowni?

Aleksandra: Zebranie ludzi na dany termin. Żyjemy w mieście, które pędzi wyjątkowo mocno. Nie jest to jedyne miasto, w którym mieszkałam, więc mam porównanie. I to jest chyba najtrudniejsze. Jednakże mam ogromne chęci i jestem elastyczna. Na przykład najpierw wrzucam informację o warsztatach, później puszczam ankietę, zbieram dyspozycyjność. Próbuję odpowiedzieć na różne preferencje i zebrać grupę. To jest wymagające.

Obecnie moim wyzwaniem są również media społecznościowe. Jest spora konkurencja, ale też social media są w trudnym momencie. Obserwuję to w każdej dziedzinie, poza djką. Tam na rolkach widać tańczących ludzi, ja jestem wesoła i wiecznie skacząca. Algorytm to lubi, a tatuowanie jest już dla niego nudne. Z kolei przy nagrywaniu pod pracownię potrzebuję rolek z procesów twórczych, co jest bardzo czasochłonne do wykonania.

“Nie odkładam rzeczy na później, tylko działam od razu”

Katarzyna: Jak wygląda za kulisami Twoja praca, w której łączysz różne twórcze role z organizacją, promocją i prowadzeniem wydarzeń? Co jest w tej części pracy najmniej widoczne dla odbiorców, a wymaga od Ciebie najwięcej energii?

Aleksandra: To jest totalne odhaczanie kolejnego i kolejnego zadania. Mam bardzo skrupulatnie rozplanowane działania i tworzę listy to-do. Trzeba być prześwietnie zorganizowanym. Nie jestem w stanie być głową do końca w tym, co będzie na przykład za miesiąc, bo bym nie dopięła tego, co mam do zrobienia teraz. Poza tym nie odkładam rzeczy na później, tylko działam od razu. Przykładowo, jeśli mam do kogoś napisać, to robię to w danej chwili. Nie byłabym w stanie tego wszystkiego robić bez codziennych porannych rytuałów.

Katarzyna: Na czym one polegają?

Aleksandra: Wstaję, wypijam litr ciepłej wody i siadam do ćwiczeń oddechowych. Później jest chwila medytacji i dopiero wtedy wyłączam tryb samolotowy w telefonie.

Katarzyna: Twoja działalność wykracza również poza sztuki wizualne – jesteś DJ-ką. Co daje Ci muzyka, czego nie daje Ci praca rękodzielnicza czy z tatuażem?

Aleksandra: Przede wszystkim jest to forma niewerbalnej komunikacji z ludźmi dookoła kiedy zaczynam grać, to milknę. Tutaj wszystko zależy od energii tłumu. To takie trochę zsynchronizowanie ludzi i obserwacja tego, na ile pozwolą mi odlecieć czy to w tempie, czy w gatunku muzycznym. Gram muzykę komercyjną, czasami z szalonym twistem gatunków oraz house. To akurat dwie różne formy komunikacji.

Poza tym, często gram sety od 6 do 8 godzin bez przerwy. Włączam utwór i już myślę o kolejnym. Zadziewa się wówczas coś takiego w ciele, że po secie nie mam nawet ochoty jeść. Mogę zjeść owoc, wypić coś ciepłego i już jestem pełna. Gdzie przykładowo po tatuowaniu czy warsztatach mogłabym opróżnić całą lodówkę. Może to energia tłumu, wytwarza zupełnie inny rodzaj radości. Wiem, co będę grać jako następne – oni jeszcze nie.

To cudowne uczucie, ale też mocny wyrzut dopaminy dla mojego mózgu, dlatego musiałam nauczyć się opanowania, żeby nie mieć zjazdu nastroju po graniu. Dzięki temu jest to aktualnie w pełni wspaniałe doświadczenie. Grać z drugim dj-em też jest super, ale praca solo to budowanie spektaklu, od początku do końca.

Fot. Mateusz Gardocki (Tuhajbejowicz)

“Widzę pracownię jako żywy organizm i przestrzeń tętniącą życiem”

Katarzyna: Czy miałaś momenty zwątpienia w swoje projekty – takie, w których pojawiała się myśl, żeby rzucić wszystko i pójść na etat? Co ci wtedy pomogło?

Aleksandra: Oczywiście, że tak! To jest coś, co pojawia się na pewno dwa razy w roku. Wydaje mi się, że ostatni raz czułam coś takiego tydzień temu. Akurat teraz, ale to dlatego, że jestem w szczycie sezonu.

Co mi wtedy pomogło? Przypomnienie sobie, że to nie pierwszy raz, kiedy tak myślę. Po prostu. Przy pierwszym, drugim i trzecim razie, gdy miałam takie myśli, to odpowiadałam sobie „przejdę na etat, przejdę na etat”. Następnie trochę odczekałam i znów było ok. Te momenty zwątpienia przychodzą przy przebodźcowaniu i silnym zmęczeniu.

Czasami też pojawiają się, kiedy patrzę na znajomych z unormowanym czasem pracy, stałymi dochodami. Patrzę na ludzi, którzy nie są swoją pracą. Wydaję mi się, że artysta jest swoją pracą i to non-stop. Dlatego tak, czasami myślę o etacie i chcę wrócić do pracy w gastronomii.

Nawet kiedyś zapytałam znajomego, który jest właścicielem restauracji, czy mogłabym przyjść w kryzysowym momencie popracować dwa tygodnie za darmo. Odpowiedział, że przecież by mi zapłacił. A ja na to: ja nie chcę pieniędzy, chcę tylko docenić, to co mam.

Katarzyna: Jak widzisz za kilka lat swoją działalność?

Aleksandra: Widzę pracownię jako żywy organizm i przestrzeń tętniącą życiem. Jest w niej dużo ludzi. Artyści prowadzą własne warsztaty na stałe wpisane w kalendarz.

Pod szyldem pracowni mogłyby odbywać się również wydarzenia na zewnątrz. Obok są przepiękne Sady Żoliborskie. Bardzo lubię tę lokalizację. Czasami wyobrażam sobie, w których lokalach mogłyby powstawać kolejne filie pracowni i jakie usługi warsztatowe oferować.

Dlatego w wyobraźni widzę pracownię również jako miejsce spotkań, kręgów, pracy z ruchem i ciałem oraz jako przestrzeń pełną muzyki na żywo za sprawą jam sessions.

Pracownia Otwarta – fantastyczne, pełne ciepła miejsce na mapie Warszawy. Miejsce do spędzania kreatywnego czasu wolnego i poznawania nowych ludzi.

Więcej informacji o projektach Aleksandry Biryckiej można znaleźć na Instagramie: Pracownia Otwarta Żoliborz, Studio Tatuaży, DJ Era Maili.

Zobacz też