
Walka o portfele klasy średniej. Podniesienie progu kontra dyscyplina budżetowa
W polskim systemie podatkowym zarysowuje się coraz wyraźniejszy konflikt między potrzebą odciążenia pracujących a koniecznością ratowania finansów państwa. Podczas gdy ugrupowanie Polska 2050 złożyło w Sejmie konkretny projekt podniesienia drugiego progu podatkowego, resort finansów pod wodzą Andrzeja Domańskiego studził emocje, wskazując na rekordowy deficyt i unijne procedury.

Spór ten dotyczy rosnącej grupy milionów Polaków, którzy ze względu na brak waloryzacji progów, de facto płacą coraz wyższe podatki.
Koniec “kary za zaradność”?
Projekt nowelizacji ustawy o PIT, który trafił do parlamentu, zakłada podniesienie progu, od którego obowiązuje 32-procentowa stawka podatku, z obecnych 120 tys. zł do 140 tys. zł. Według autorów projektu, zmiana ta jest niezbędną korektą systemu, który przestał odpowiadać realiom rynkowym.
Przedstawiciele Polski 2050 argumentują, że obecny limit, ustalony w 2022 roku, został “zjedzony” przez wysoką inflację i dynamiczny wzrost wynagrodzeń. W efekcie osoby o średnich dochodach, które pracują w nadgodzinach lub otrzymują premie, niespodziewanie wpadają w najwyższy próg podatkowy.
Inflacja pod presją geopolityki. Banki prognozują powrót trendu wzrostowego!
“Przywracamy elementarną sprawiedliwość w systemie podatkowym – tak, aby osoby o średnich dochodach nie były obciążane wyższą stawką tylko dlatego, że uczciwie pracują i zwiększają swoje dochody” – podkreśla minister Katarzyna Pełczyńska-Nałęcz.
Z szacunków ugrupowania wynika, że liczba osób objętych 32-procentową stawką rośnie lawinowo i wkrótce może objąć nawet 3 mln osób, czyli co dziesiątego pracującego Polaka. Proponowana reforma miałaby przynieść podatnikowi o średnich dochodach oszczędność rzędu 2600 zł rocznie.
Budżet nie zniesie ubytków?
Zupełnie inną perspektywę prezentuje Ministerstwo Finansów. Choć minister Andrzej Domański wcześniej dawał nadzieję na rewaloryzację progów, marcowe deklaracje resortu są jednoznaczne: w obecnej sytuacji budżetowej podniesienie limitu byłoby “nierozważne”.
Kluczową barierą jest uruchomiona przez Radę UE procedura nadmiernego deficytu (EDP). Polska jest zobligowana do realizacji rygorystycznego planu naprawczego do 2028 roku, co wymaga drastycznego ograniczenia wydatków i ochrony wpływów budżetowych.
Budżet pod presją długu. Styczniowy deficyt zwiastuje rekordowo trudny rok
Statystyki pokazują, jak ważnym źródłem dochodów dla państwa stał się drugi próg – w ciągu ostatnich 15 lat odsetek podatników płacących 32 proc. PIT wzrósł z zaledwie 1,59% do 7,6%.
Ministerstwo argumentuje, że rezygnacja z tych wpływów – koszt reformy szacuje się na 9 mld zł rocznie – byłaby w tej chwili niemożliwa do udźwignięcia, zwłaszcza przy rosnących kosztach obsługi długu publicznego.
Co dalej z reformą? 2027 rokiem rozstrzygnięć
Mimo sceptycyzmu resortu finansów, projekt Polski 2050 zakłada datę wejścia zmian na 1 stycznia 2027 roku. Rok ten ma być momentem, w którym Polska – według planów rządu – będzie już w innej fazie reform systemowych, m.in. po uporządkowaniu rynku mieszkaniowego i finansowania budownictwa.
Projektodawcy proponują, aby ubytek w budżecie sfinansować z nowych źródeł, takich jak:
- wpływy z podatku cyfrowego,
- dodatkowe opodatkowanie sektora bankowego,
- zmiany w strukturze akcyzy.
Obecnie sytuacja przypomina pat. Z jednej strony rośnie presja społeczna i polityczna na odciążenie klasy średniej, która stała się głównym płatnikiem netto systemu podatkowego.
Z drugiej strony, twarde dane makroekonomiczne i unijne rygory fiskalne zmuszają rząd do “zaciskania pasa”. Ostateczny wynik tego starcia będzie zależał od tempa schodzenia z deficytu oraz tego, czy koalicji rządzącej uda się znaleźć porozumienie w kwestii alternatywnych źródeł finansowania obietnic podatkowych.

